FXMAGFXMAG

Hazard w przebraniu derywatyw. Jak rynki predykcyjne ograły bukmacherów?

11 min read

Tradycyjni bukmacherzy mają potężny problem. Klienci po prostu się nudzą. Zamiast typować, czy w meczu padną trzy żółte kartki, wolą zgadywać, czy prezydent w kolejnym przemówieniu wypowie słowo "orzeszki".

Skala tego zjawiska poraża. Analitycy Bernstein wyliczyli zeszłoroczny wolumen obrotu rynków predykcyjnych na 51 miliardów dolarów. W tym roku ta kwota skoczy blisko pięciokrotnie, osiągając pułap 240 miliardów. Co będzie dalej? Prognozy krzyczą o astronomicznym bilionie dolarów do 2030 roku. Bank of America widzi w tej kwocie docelowy "sufit", a eksperci z Citizens Financial Group zapowiadają wzrost przychodów samych platform z niespełna 2 do 10 miliardów dolarów.

Dlaczego tradycyjna bukmacherka traci grunt pod nogami?

Liczby rosną, bo drastycznie zmienia się środek ciężkości. Sport traci swój monopol. Bernstein szacuje, że udział zakładów sportowych, stanowiących dziś około 60 procent obrotu, skurczy się o połowę do końca dekady. Platformy predykcyjne potrafią zmonetyzować każdą wypowiedź polityka i każdy skandal popkulturowy.

Zjawisko to brutalnie weryfikuje życie. Spójrzmy na galę legendarnych nagród Grammy. Prowadzący Trevor Noah nagle wplata w swój wywód absolutnie abstrakcyjne słowo "kartofel". Chwilę później ogłasza, że użytkownicy platformy Polymarket, którzy postawili pieniądze na to konkretne słowo, właśnie wygrali kupę pieniędzy.

Z uśmiechem gratuluje nawet zwycięzcy o pseudonimie identycznym jak jego własne imię. To miał być niewinny skecz wyśmiewający szalejący trend. Żart wywołał jednak potężne kontrowersje i poważne oskarżenia o celowe wpływanie na wynik zakładu. Taki mechanizm w logice niczym nie różni się od piłkarza celowo łapiącego żółtą kartkę, by wzbogacić własną rodzinę. Regulatorzy są jednak bezradni, niczym miasta walczące przed laty z plagą hulajnóg na chodnikach.

Tymczasem sam sport wciąż generuje gigantyczne zastrzyki gotówki, jeśli zaoferuje się go w nowym modelu. Kończący się Mundial okazał się dla rynków predykcyjnych – a zwłaszcza dla skupionego na sporcie giganta Kalshi – prawdziwymi żniwami. Tygodniowy obrót tej firmy rósł konsekwentnie i proporcjonalnie od połowy ubiegłego roku. Start Mistrzostw Świata w piłce nożnej wywołał jednak absolutny szał. Uczestnicy rynku wywindowali wolumen obrotu do grubo ponad 8 miliardów dolarów w zaledwie tydzień. Jeszcze czternaście dni wcześniej obracali dwukrotnie mniejszą kwotą.

Ten kapitał nie bierze się z powietrza. Ktoś traci, żeby zyskać mógł ktoś inny. Tę stratę notują klasyczni bukmacherzy. Wystarczy spojrzeć na giełdowe notowania głównych amerykańskich spółek – DraftKings i Flutter. Od stycznia obie korporacje mocno zostają w tyle za czołówką giełdy i wskaźnikami indeksu S&P 500. Rynki predykcyjne zwyczajnie wysysają z nich krew.

Luka prawna warta miliardy (i zakład Michaela Burry'ego)

Kapitał zawsze płynie tam, gdzie system stawia najmniejszy opór. Rynki predykcyjne zbudowały swoją dzisiejszą potęgę na gigantycznej luce regulacyjnej. Amerykańskie prawo traktuje je zupełnie inaczej niż klasyczną bukmacherkę. Choć platformy te mają ewidentny sznyt hazardowy, w świetle przepisów funkcjonują jako derywatywy, czyli instrumenty pochodne (podobne do kontraktów terminowych). Ta urzędnicza łatka daje im kolosalną przewagę. Omijają rygorystyczne i problematyczne przepisy stanowe dotyczące hazardu. Nie potrzebują drogich licencji. Nie odprowadzają też podatków obciążających tradycyjnych operatorów.

Nie wszyscy wierzą jednak w to wieczne eldorado. Michael Burry właśnie wszedł do gry i obstawił dokładnie odwrotny scenariusz. Mowa o słynnym inwestorze-kontrarianinie, który bezbłędnie przewidział globalny krach finansowy w 2008 roku. Ósmego lipca upublicznił swój nowy, szeroko komentowany w branży ruch. Założył długą pozycję, kupując akcje uderzonych przez rynek gigantów: Flutter i DraftKings w proporcji 60 do 40 procent. Zapowiedział też możliwe powiększenie obu udziałów.

Ten człowiek rzadko działa w ciemno. Za jego decyzją stoi żelazna logika. Burry po prostu gra pod nieuniknione uderzenie prawne. Jego teza brzmi jasno: obecna wolna amerykanka długo nie potrwa. Z czasem regulatorzy zlikwidują przepaść w przepisach i rynki predykcyjne otrzymają dokładnie te same obciążenia podatkowe, z którymi zmagają się bukmacherzy. Magiczna przewaga zniknie. Kiedy warunki gry się wyrównają, potężny kapitał znów popłynie do starych rynkowych wyjadaczy.

Zagrożeni bukmacherzy nie czekają z założonymi rękami. Zmieniają ofertę, by powstrzymać odpływ gotówki. Flutter, do którego należą takie marki jak Paddy Power czy FanDuel, pompuje środki w gamyfikację interfejsów. Obstawianie ma przypominać wciągającą grę, wizualnie zachęcającą do pozostania w aplikacji. Równolegle firmy dorzucają nowe, mocno bieżące rynki. Klient nie czeka na koniec spotkania. Wskazuje w czasie rzeczywistym, w który dokładnie fragment bramki uderzy piłkarz wykonujący właśnie rzut karny. Walka o odzyskanie uwagi użytkownika dopiero się zaczyna.

Złota era insider tradingu

Poufne informacje to już nie tylko domena Wall Street. Rynki predykcyjne stworzyły idealny ekosystem do spieniężania tajemnic państwowych i korporacyjnych. Żarty się skończyły, gdy stawką stało się bezpieczeństwo narodowe. Zespół badawczy Harvardu prześwietlił ten proceder i wydał porażający werdykt. Same tylko przypadki insider tradingu mogły wygenerować nawet 143 miliony dolarów zysku na zaledwie jednej platformie – Polymarket. Perspektywa takiego szybkiego wzbogacenia przyciąga ludzi z dostępem do największych sekretów.

W kwietniu służby aresztowały żołnierza amerykańskiej armii, Gannona Kena Van Dyke’a. Postawił on 34 tysiące dolarów na to, że Nicolas Maduro straci władzę w Wenezueli przed upływem stycznia tego roku. Trzeciego stycznia siły zbrojne USA przeprowadziły błyskawiczną misję ujęcia wenezuelskiego dyktatora. Świat zamarł. Nikt nie spodziewał się tak drastycznego kroku tuż po Nowym Roku. Van Dyke jednak wiedział. Zdecydowaną większość swojego kapitału rzucił na rynek na mniej niż dobę przed startem operacji, w momencie, gdy szanse wyceniano na skromne 8 procent. Amerykanin zgarnął 400 tysięcy dolarów, które błyskawicznie wypłacił. Mimo miażdżących dowodów winy nie przyznaje. Proces wciąż trwa.

Podobnie bawił się izraelski rezerwista ukrywający się pod pseudonimem ricosuave666. Z przerażającą skutecznością wytypował dokładny termin izraelskich nalotów bombowych na Iran. Nie zgadywał. Miał twarde dane z pierwszej ręki. Aresztowano go w lutym za celowe wykorzystywanie informacji wywiadowczych do hazardu.

Pokusie ulegają też cywile i wielki biznes technologiczny. Michele Spagnoulo, pracujący w szwajcarskim oddziale Google włoski inżynier, wykorzystał specjalne uprawnienia wewnątrz firmy. Miał dostęp do tajnych narzędzi badających najpopularniejsze hasła, na długo przed opublikowaniem przez spółkę oficjalnego, corocznego rankingu wyszukiwań. Bez wahania obstawił, że w 2025 roku numerem jeden w sieci będzie piosenkarz D4vd. Artysta ten "zasłynął" tym, że został oskarżony o brutalne morderstwo czternastolatki. Użytkownicy na Polymarkecie masowo obstawiali inne gwiazdy. Prawdopodobieństwo wygranej D4vd szorowało niemal po zerze. Spagnoulo postawił pieniądze wbrew wszystkim i wyciągnął z rynku 1,2 miliona dolarów. Społeczność internetowa natychmiast wyczuła oszustwo, przeprowadziła własne amatorskie śledztwo, a FBI sprawnie domknęło sprawę. Mężczyzna dostał zarzuty za pranie pieniędzy i oszustwo towarowe, a Google ściśle współpracowało ze służbami, ratując nadszarpnięty wizerunek. Zresztą podejrzane miliony płynęły już też przy okazji zaręczyn Taylor Swift z Travisem Kelce czy nagłego awansu Marii Coriny Machado w wyścigu po Pokojową Nagrodę Nobla.

Prywatne banki nie czekają na ociężałych polityków. Same nakładają kaganiec na swoich ludzi. Bloomberg doniósł, że Goldman Sachs rygorystycznie uściślił wewnętrzną politykę. Pracownicy mogą nadal obstawiać wyniki sportowe, ale dostali całkowity zakaz ruszania rynków politycznych i ekonomicznych – takich jak przewidywanie decyzji Fed w sprawie stóp procentowych. Za ciosem poszły Morgan Stanley, Bank of America i JP MorganChase, blokując podobne operacje. Co ciekawe, identyczne zasady moralne wprowadził dla swoich członków amerykański Senat. To jednak wciąż tylko wewnętrzny regulamin. Ustawa milczy.

Wojna o kontrolę i ukryte interesy Trumpów

Amerykańska machina biurokratyczna dławi się własnymi zasadami. Federalna agencja CFTC, czyli Komisja ds. handlu kontraktami terminowymi, uznaje rynki predykcyjne za swój bezpośredni rewir, regulując je z poziomu państwowego. Sztywne prawo federalne zderza się jednak z uprawnieniami poszczególnych stanów, które mają monopol na dyktowanie warunków dla działalności hazardowej. Absurd sytuacji rzuca się w oczy. Platformy takie jak Polymarket i Kalshi zgarniają masę klientów na terenie stanów żyjących z podatków od tradycyjnych bukmacherów. Same nie dorzucają do tej skarbonki ani jednego centa.

Batalie sądowe i opór platform

Frustracja stanów pęka, co owocuje potężnymi bataliami sądowymi. Arizona uderzyła w marcu. Wystosowała zarzuty karne wobec Kalshi, oskarżając platformę o prowadzenie hazardu bez licencji i oferowanie nielegalnych zakładów na wybory. Sędzia w Massachusetts zareagował jeszcze szybciej. Już w lutym odciął Kalshi od oferowania rynków sportowych mieszkańcom stanu, motywując to brutalnie: zagrożeniem dla zdrowia i bezpieczeństwa publicznego. Kalshi stawia zbrojny opór w sądach apelacyjnych. Twardo zasłania się swoją podległością wobec federalnej agencji CFTC.

Interwencja Kongresu i nowe zakazy

Rosnąca presja przeniosła się ostatecznie na korytarze Kongresu. Tam czeka już projekt potężnej ustawy End Prediction Market Corruption Act. Zamysł jest jasny. Prawo ma ostro zdefiniować kontrakty eventowe, całkowicie odciąć polityków szczebla federalnego (od członków Kongresu, przez prezydenta, po wiceprezydenta) od handlu takimi papierami i zdusić w zarodku używanie informacji poufnych. Politycy debatują też nad włączeniem platform w ramy obecnej ustawy STOCK Act i żądają radykalnego zablokowania możliwości stawiania zakładów na rozwój konfliktów zbrojnych oraz ataki terrorystyczne.

Polityczny rozłam: Demokraci kontra Donald Trump

Zgody jednak brak. Demokraci chcą dociśnięcia pasa. Celują w zepchnięcie rynków predykcyjnych pod definicję tradycyjnej bukmacherki, co natychmiast oddałoby pełnię władzy surowym regulatorom stanowym. Z takim obrotem spraw kategorycznie nie zgadza się Donald Trump. Były prezydent wprost domaga się stworzenia cieplarnianych warunków do dalszego pompowania tego biznesu. W mediach społecznościowych użył mocnych słów: "To krytycznie ważne, by Komisja utrzymała ekskluzywny nadzór nad rynkami predykcyjnymi oraz by te prosperowały". W tym samym wpisie polityk nie wahał się uderzyć znacznie niżej.

Obraz 1. Tweet Donalda Trumpa z 26 maja 2026

Regulatorów stanowych nazwał "szumowinami", odmawiając im prawa ingerencji w obiecujący, nowy sektor gospodarki.

Dlaczego prezydent tak wściekle broni tych platform? Odpowiedź płynie z zestawienia kapitałowego. Rodzina Trumpów ubiła tu gigantyczny interes. Fundusz Venture Capital należący do Donalda Juniora wpompował potężne pieniądze w Polymarket. Jakby tego było mało, pierworodny syn byłego prezydenta grzeje fotel w radach doradczych obydwu rynkowych hegemonów – kontroluje nie tylko inwestycje Polymarketu, ale również giganta Kalshi.

Złoty deszcz potrwa więc dalej, a rynki predykcyjne raczej ukryją się za korzystną jurysdykcją CFTC. Sama agencja próbuje ratować resztki wiarygodności, proponując przepisy blokujące najbrudniejsze zakłady – te żerujące na zamachach czy kontuzjach poszczególnych graczy.

Czytaj także: Droższa ropa uderzy w portfele Polaków? Znany bank przewiduje potężny wystrzał cen paliw

Jednak, jak donosi Wall Street Journal, lista dozwolonych opcji obrotu wciąż drastycznie zdominuje stronę zakazów. Główny cel to w końcu płynny rozwój rynków. Donald Junior musi zarabiać.

Czytaj także: Tanie loty to przeszłość? Zysk Ryanair runął o 34%! Winne ceny paliw i biletów lotniczych

Europejski mur i zablokowany dostęp

Europa gra w zupełnie innej lidze. Amerykański chaos i polityczne przepychanki ostro kontrastują z twardym murem, który państwa Unii Europejskiej postawiły przed platformami predykcyjnymi. Polacy w tym cyfrowym kasynie nie zagrają. Nasze Ministerstwo Finansów ucina wszelkie spekulacje i jednoznacznie klasyfikuje Polymarket oraz Kalshi jako podmioty stricte hazardowe. Zasada jest prosta: chcesz oferować zakłady, musisz posiadać państwową licencję. Rynki predykcyjne takiego dokumentu u nas nie mają, co z miejsca spycha ich działalność do strefy nielegalnej.

Surowe blokady w innych krajach Unii

Ten sam rygor dławi platformy na zachodzie i południu kontynentu. Twarde blokady, uniemożliwiające korzystanie z usług rynków predykcyjnych, nałożyły rządy Francji, Hiszpanii, Portugalii, Holandii oraz Węgier. W całej europejskiej wspólnocie nie znajdziemy dziś absolutnie ani jednego państwa, które w pełni zalegalizowało ten proceder dla użytkowników detalicznych. Prawo hazardowe w Unii ustala się na szczeblu krajowym, a nie wspólnotowym, więc brakuje tu jednej, uniwersalnej dyrektywy. Europejscy regulatorzy trzymają jednak żelazny, wspólny front. Zamknęli drzwi z hukiem.

Dylemat moralny rynków predykcyjnych

Zostajemy z potężnym dysonansem. Z jednej strony mamy europejski zakaz, z drugiej – amerykańską wolną amerykankę napędzaną przez polityczne koneksje klanu Trumpów. Sam mechanizm rynków predykcyjnych to fascynujące narzędzie finansowe. Sytuacja robi się jednak mroczna, gdy spojrzymy na przedmiot tych zakładów. Ktoś właśnie teraz ryzykuje ogromny kapitał, typując datę ataku terrorystycznego, wynik tajnej operacji wojskowej czy wreszcie – realne prawdopodobieństwo użycia bomby atomowej. Gdzie Waszym zdaniem leży ostateczna, moralna granica zarabiania na globalnych nieszczęściach i konfliktach zbrojnych? Dajcie znać w komentarzach, bo ten rynek, wspierany miliardami dolarów, tak naprawdę dopiero się rozkręca.

Cały materiał na powyższy temat znajdziesz w naszym video pod tym linkiem: