Sąsiedzi mieli decydować o Twojej nieruchomości. Jest problem z nowymi przepisami. Co czeka mieszkania Polaków?
Wielu właścicieli lokali w blokach zacierało ręce na myśl o znowelizowanej ustawie o własności lokali, która miała dać wspólnotom mieszkaniowym oręż do walki z uciążliwym biznesem na doby.
Iluzja sąsiedzkiej blokady i ministerialny unik
Na samym wstępie warto zaznaczyć, że bieżąca nowelizacja nie rozwiąże problemu turystycznego najmu, a cały temat zostaje zepchnięty do zupełnie odrębnych projektów. Samorządy od lat domagają się twardych regulacji, a narracja o konieczności ochrony miru domowego świetnie sprzedaje się w mediach.
Wypychanie turystów z bloków miało zależeć od widzimisię sąsiadów, którzy na zebraniach zyskaliby prawo do zablokowania działalności hostelowej. Wiara w to, że taki mechanizm realnie wyczyści klatki schodowe z gości rotujących co 48 godzin, to skrajna naiwność. Nawet jeśli podobne przepisy w końcu przedrą się przez machinę legislacyjną, zderzą się z żelazną logiką funkcjonowania wspólnot.
Głównym problemem projektowanych zakazów jest to, w jaki sposób podejmuje się decyzje w polskich nieruchomościach. Nowa metoda liczenia głosów we wspólnocie stanowi potężny atut dla inwestorów. Zgodnie z nią punktem odniesienia stają się wyłącznie głosy tych osób, które faktycznie wzięły udział w głosowaniu nad uchwałą.
Rzeczywistość blokowisk nie przypomina ateńskiej agory, gdyż właściciele mieszkań nagminnie ignorują korespondencję i omijają zebrania szerokim łukiem, wybierając bierność.
W efekcie prawo pozostanie martwym zapisem, a maszynka do generowania zysków z bookingu będzie działać bez przeszkód, wykręcając yieldy nieosiągalne przy umowach długoterminowych.
Zobacz również: Sąsiad zdecyduje o Twojej nieruchomości. Nowe przepisy mogą pokrzyżować Ci plany
Marketingowa zasłona dymna i realne bariery
Deweloperzy już wyczuli nastroje i postanowili wyprzedzić obawy kupujących. W sieci bez trudu znajdziemy oferty, w których lokale sprzedawane są z rzekomą „zgodą na najem krótkoterminowy”.
Podobną strategię przyjął, chociażby łódzki deweloper oferujący lokale w ramach projektu Kamienica Piłkarza.
Tyle że w świetle obowiązującego prawa taka uchwała to wyłącznie opinia o zerowej mocy wiążącej. Właściciel lokalu nie musi dziś pytać wspólnoty o pozwolenie na kwaterowanie gości, a wystawiony papier nie daje żadnej gwarancji, jeśli prawo kiedyś faktycznie ulegnie zaostrzeniu. To sprytny chwyt psychologiczny mający uśpić czujność nabywców i sprzedać inwestycyjny spokój.
Zamiast iluzorycznych głosowań wspólnotowych, faktycznym gamechangerem dla tego rynku mogłyby być wyłącznie twarde, systemowe wymogi techniczne i administracyjne.
Zmuszenie właścicieli do formalnej zmiany sposobu użytkowania lokalu, rygorystyczne dostosowanie lokali do norm przeciwpożarowych rodem z obiektów hotelowych czy obligatoryjna rejestracja działalności gospodarczej, to byłyby instrumenty, które realnie podcięłyby skrzydła miejskim hostelom.
Dopóki rządzący boją się sięgnąć po te narzędzia, a deweloperzy zręcznie żonglują deklaracjami, najem na doby ma się doskonale. Inwestorzy mogą spać spokojnie, w przeciwieństwie do sąsiadów zza cienkiej ściany, którzy mogą mieć tylko nadzieję, że nowi najemcy krótkoterminowi okażą się spokojnymi osobami, które szanują ciszę nocną.
Zobacz również: Wynajem nieruchomości przestaje się opłacać? Jeden ruch sprawia, że mieszkania są tańsze nawet o 700 PLN miesięcznie
Źródło: Bezprawnik.